Au Pair w San Francisco, California od 29.08.2011

sobota, 18 lutego 2012

ALOHA Hawaii!

Czyli z serii operki wyjeżdżają na wakacje. Po prawie pół roku ciężkiej pracy, nadszedł czas, żeby odpocząć. Podziwiać widoki tropikalnej wyspy, nieprzestawalnie mówić "woooow", nic nie robić i czuć się cudnie! Nie wyobrażałam sobie lepszego miejsca, żeby spędzić urlop, mieszkając w Californii. Dlaczego Hawaje? Bo blisko z San Francisco;) , bo z Polski za daleko i nigdy bym tam nie dotarła, no i ciepło, słońce, plaża. Co więcej do szczęścia potrzeba. Idealne miejsce, idealne wakacje.

Plany hawajskie zaczęły się już w październiku, ale znając z polskiego doświadczenia- plany planami, ale i tak nigdzie nie pojedziemy, pogadać sobie można. Na wakacje wybrałam się właśnie z dwiema polskimi sąsiadkami- także operkami. Wytatki ograniczyłyśmy w czasie, żeby za jednym razem, za bardzo nie bolało, więc bilety zabukowałyśmy w grudniu, hotel zarezerwowałyśmy na początku stycznia, a reszta pieniędzy- na drobne wydatki podczas wakacji. Jakby ktoś się zastanawiał nad szczegółami podróży, to je także podam ;)

Lot: San Francisco - Oahu, Honolulu/ Hawaiian Airlines $380
Hotel: kilka minut piechotą od Waikiki Beach, 2 osobowy pokój (dla 3 dziewczyn) ok. $300 na każdą
Potem wiadomo, obiadki, drinki, pamiątki- kto ile wyda

My dodatkowo wyjechałyśmy pod szczęśliwą gwiazdą. Znajoma mojego znajomego z Cali,  mieszkająca na Hawajach zaoferowała, że może przez tydzień naszego pobytu z chęcią zamieni się przewodnika i pokaże nam ciekawe miejsca na wyspie. Dzięki niej doświadczyłyśmy o wiele więcej Hawajów niż, gdybyśmy jej nie poznały

A na rozbudzenie apetytu zdjęcia z Waimanalo Beach i Makapuu Beach z pierwszego dnia, w porze zachodu słońca.



CDN

sobota, 4 lutego 2012

Back to school

Przyszedł nowy rok, nowy semest studencki i nadszedł czas, żeby dopełnić trochę formalności związanych z operskim programem. Trzeba było wybrać się na jakiś kurs, może nie byle jaki, agencja nie zaakceptowałaby na pewno nauki tańca ;)

 Poszukiwaniu odpowiedniego kursu zaczęłam już pod koniec listopada, zapoznawałam się z ofertami różnych szkół w San Francisco. Na początku chciałam wybrać University of San Francisco, ale jak pięknego dnia wybrałam się zapytać o koszta i jak zaśpiewali mi 13tys dolarów, serdecznie odpowiedziałam "nie, dziękuje". Z początku wydawało mi się, że poszukiwania to ciężka syzyfowa praca, musiałam uwzględnić grafik pracy i  moje preferencje. Wydawało mi się też, że wszystkie w miarę ciekawe zajęcia są prowadzone rano, wtedy kiedy pracuję.

Koniec końców wylądowałam na kursie dziennikarskim  w City College of San Francisco "News writing and reporting", co uważam za małe wyzwanie biorąc pod uwagę, że bariera językowa utrudnia mi zadanie, ale cieszę się, bo będę mogła uczyć się czegoś, co jest pod pewnymi względami wyzwaniem.

Na zajeciach rozumiem prawie wszystko, może poza 10 procentami słów, które są najważniejsze ;) ale nadążam za pozostała grupą studentów. Zajęcia odbywają się raz w tygodniu wieczorem. Co tydzień dostajemy pracę domową do napisania, a także obowiązkowo zacząć czytać codziennie lokalną gazetę "San Francisco Chronicle"- w końcu każdy dziennikarz powinien wiedzieć, co się dzieje w okolicy.

Cała przyjemność kosztowała mnie 700 dolarów, ciężka dola międzynarodowego studenta. Całe szczęście, że według kontraktu zawartego pomiędzy mną a hostami, oni zapłacili 500 a ja pozostałe 200. Kurs ma tylko 3 kredyty, a my au pair potrzebujemy przez ten rok zdobyć ich 6. Jak to mówią au pair= au poor, więc żeby uniknąc kolejnych kosztów poszłam na łatwiznę i zapisałam się w City College na darmowy kurs angielskiego ESL. Ten kurs jest niekredytowany, ale te kredyty można pokryć ilością godzin, jakie się przebywało na zajęciach.


czwartek, 19 stycznia 2012

A little road trip to south of California

Pierwotnie tytuł posta miał być nazwany " Święta bez świąt", ale za napisanie zabrałam się dopiero teraz, kiedy już każdy zapomniał o temacie świątecznym. Święta miałam spędzić z hostami, ale na ostatnią chwilę znajomy zaproponował wycieczkę samochodem na południe Kalifornii. Długo się nie zastanawiałam... pojechałam. Wiedziałam, że jeżeli zostanę w San Francisco mogę czuć tęsknotę za domem, widząc rodzinę świętującą, a sama będąc z dala od swoich. W sobotę rano wyruszyliśmy w drogę. Planu podróży nie znałam, gdzie będziemy spać, co mamy zamiar zwiedzić, zdałam się na gust organizacyjny znajomego.

Kierując się na południe jechaliśmy Kalifornijską 1, która prowadzi wdłóż oceanu.  Widoki cudownie, klify, słońce, taka Kalifornia jak z obrazka. I tak przez cała trasę, jak widać poniżej na zdjęciach. Kilka razy zatrzymaliśmy się też w puntkach widokowych, żeby odpocząć i napawać się widokami.




Pierwszą noc spędziliśmy w hotelu z Pismo Beach. Jakieś 3 godziny jazdy samochodem jeszcze od LA. Szczerze nawet o tym nie wiedziałam. Pokój oczywiście z widokiem na ocean. Rano zamiast otwierać prezenty jak wszyscy amerykanie połączyłam się na skypie z rodziną,  mogłam im zaprezentować miejsce, w którym się aktualnie znajdowałam. 

Kolejną noc spędziliśmy w Santa Monica, kilka minut piechotą od słynącej z kalifornijskich mięśniaków Venice Beach. Niestety trafiłam tam w trakcie świąt, więc każdy dziwak z plaży się usuwa i spędza czas rodzinnie. Plaża była praktycznie pusta i nie przypominała tych znanych ze "słonecznego patrolu". Nie zważając na to i tak przyjemnie było powłóczyć się na plaży w grudniu i korzystać ze słońca.





Po Hollywood miałam okazję zrobić tylko wożonko samochodem, nikogo znanego nie zobaczyłam. Pod wrażeniem nie byłam. Wieczorem za to spotkałam się z sąsiadką z San Francisco, na piwku w Disneylandzie ;)



Następnego dnia wykłóciłam się, że chcę przynajmniej znak "Hollywood" zobaczyć, bo przecież trzeba słit focię sobie trzasnąć. Blisko nie było, bo obraliśmy nie ten punkt widokowy, co trzeba, ale to się jeszcze naprawi i jeszcze tam wrócę. A póki co taaaa daaam :

Miałam też zjeść hot doga ze słynnej budki " Pink's", która robi wrażenie totalnej speluny. Za pierwszym podejściem było zamknięte, bo święta. Za drugim podejściem spasowałam, bo kolejka była za długa. I to jeszcze jak.... według obliczeń czekalibyśmy około 3 godzin, żeby podejść do kasy. Śmieszne prawda? Jedzienie musi być dobre, skoro chce się ludziom czekać tak długi czas za hot dogiem.


czwartek, 5 stycznia 2012

Slepless in Seattle

W Seattle byłam juz dawno temu, tak ten czas szybko leci, ze juz prawie zapomnialam o tej wycieczce. Dzien do Swiecie Dziekczynienia z koleżankami wybrałyśmy się na wycieczkę. Hości się śmieli, że akurat tam jedziemy a nie na południe Cali gdzie o wiele cieplej. W czarny piątek zamiast ustawiać się w kolejce po zakupy leciałyśmy na wycieczkę, byłam o tyle bardziej podekscytowana, bo to pierwszy wypad bez hostów. Czarny piątek okazał się bardzo czarny. Przez butelkę drogiej wódki, którą jedna z koleżanek miała zamiar zabrać w bagażu podręcznym, druga spóźniła się na samolot, bo w ostatniej chwili poszła odprawić walizkę. "No vodka, no Michelle" na resztę dnia. Biedna przesiedziała prawie cały dzień na lotnisku i doleciała dopiero wieczorem.

Co do detali. Za 4 dni w Mariocie, przelot zapłaciłam 380 dolarów, wydaję mi się, że to całkiem dobry układ. Dziewczyny znają jakiegoś faceta, który zajmuje się bukowaniem wycieczek i biletów samolotowych dla ludzi.
Wieczorem jak już wszystkie byłysmy w hotelu razem zaczełyśmy się zastanawiać co możemy pozwiedzać w tym Seattle, jak przystało na zorganizowaną wycieczkę. Na jednej z ulotek znalazłyśmy ofertę, tzn "Citypass " że za 60 dolarów mamy wejście na 6 wybranych atrakcji, a płacąc za każdą z osobną wyniosło by to nas 120. Uznałyśmy to za okazję i kupiłyśmy.






 W cenie były 2 wejścia na Space Needle. Byłyśmy tam wieczorem i w środku dnia, żeby mieć widok z dwóch perspektyw.


 Aquarium... nie spędziłyśmy tam nawet godziny. Dla mnie było nudno, ale może dlatego, że w SF mamy coś takiego samego, a że mam tam kartę członkowską i bywam tam często w trakcie pracy.
 Czekając na rejs statkiem wycieczkowym umiliłyśmy sobie czas na karuzeli ;)
 A tu już w kolejce na statek
 Widok na Seattle ze statku, szkoda, że tak pochmurno.


 Wieża z gitar w jednym z muzeów. Była tam wystawa horrorów, Avataru, wystawy muzyczne.
Jednego popołudnia wyjechałyśmy kawałek za miasto, żeby się spotkać z inna au pair, którą poznałam na forum, która mieszka w okolicach Seattle. Szczerze nawet nie spodziewałam się, że takie spotkanie wyjdzie, ale skoro wycieczka byłam spontaniczna, to wszystko się może zdarzyć.

czwartek, 22 grudnia 2011

Grudniowy miesiąc

Mija kolejny miesiąc odkąd przyjechałam, jak do tej pory był to chyba najlepszy miesiąc jaki tu spędziłam. Jak przystało na grudzień byłam baardzo zajęta, tylko tym razem nie przygotowywaniem do świąt. Pomimo wszystkich ozdób w mieście, choinek i lampek, świątecznych piosenek w radiu jakoś nie czuję klimatu świątecznego. Brak zmarzniętego nosa, chęci wypicia gorącej herbaty po każdym wyjściu z domu, jakoś nie przypomina mi to grudnia. W ciągu dnia świeci słońce i można spokojnie w swetrze wyjść z domu. Brakuje mi śniegu jak nigdy. I jak tu czuć magię świąt?!

Zaniedbałam też moje notatki, ale mam dobre wytłumaczenie. Dużo się ostatnio działo, moja standardowa kolacja z hostami stała się teraz naprawdę żadkością, ciągle mam jakieś plany na wieczór. Niektóre bardziej ekscytujące od innych, ale i tak jest fajnie, tak jak lubię najbardziej. Ciężko jest opisać tak długi czas w kilku słowach. Dzięki hostom byłam na swoim pierwszym balecie, tradycyjnym przedstawieniu, które jest wystawiane każdego roku, czyli "Dziadku do orzechów" Dostałam dwa bilety, więc mogłam sobie wybrać towarzystwo. To było niesamowite, chciałabym więcej i więcej. Rodzice hostki zaprosili mnie też na koncert chóru. Jakiś czas temu byłam też z koleżanką na koncercie, muzyka której wcześniej za bardzo nie znałam. Poszłam bo to kolejna okazja na wyjście po pracy. Byłam zaskoczona tym, jak bardzo mi się podobało. Nie chcę kłamać, ale to był chyba dubstep.

Jak to bywa a operskim świecie w tym tygodniu pożegnałam jedną z moich lepszych koleżanek, która wracała do domu, po dwóch latach pobytu w US. Spędziłam z nią niesamowity czas, głównie na imprezach, na których razem szalałyśmy, ale nie tylko. Taka nasza rzeczywistość, jedne dziewczyny wracają do domu, bo operski czas im się skończył, inne wyjeżdżają, po problemach z host rodzinami, a inne przyjeżdżają. Mam tylko nadzieję, że kontakty przetrwają.

Ciągle mam w planach opisać weekend, który spędziłam w Seattle. A już niedługo, bo czas szybko leci będę na moich upragnionych wakacjach, które spędzę na Hawajach.

czwartek, 1 grudnia 2011

Cultural life

Dzisiaj mijają dokładnie 3 miesiące odkąd przyleciałam do San Francisco. Pomimo tego, że jeszcze niedawno marudziłam się nic się ciekawego nie dzieje, to teraz jestem zupełnie innego zdania. Może nie spędzam każdego dnia w ekscytujący sposób, ale zapamiętałam jedną rozmowę z koleżanką, która dała mi wiele do myślenia. Siedziałyśmy na plaży rozmawiając, po miesiący nie widzenia siebie, więc nadrabiałyśmy zaległości o życiu każdej z nas. Opowiadając jej co robiłam przez ten czas, w którym się nie widziałyśmy powiedziała mi, że przecież dużo zrobiłam. No i zdałam sobie sprawę, że przecież i tak nie chce mi się każdego wieczoru wychodzić, czasem chcę posiedzieć spokojnie w swoim pokoju, porobić coś na internecie, albo pooglądać seriale online, w które tutaj się wkręciłam. Filmów nie oglądam, bo są limitowane, ale za to seriale nie mają limitu, więc można ogladać do znudzenia.

Mojego kulturalnego życia przybywa coraz więcej, byłam na kolejnej wystawie obrazów w De Young Muzem "Masters of Venice" także z babcią. Ta wystawa podobała mi się mniej niż poprzednia, ale jak pisałam wcześniej, fajnie jest zrobić coś innego, tym bardziej w trakcie pracy. Pewnego piątkowego wieczoru hostka zabrała mnie na mój pierwszy koncert orkiestry symfonicznej. Śpiewała ona kiedyś w chórze, więc dostaje czasami darmowe bilety, host nie chciał iść, więc zostałam wybrańcem, który miał okazje poznać trochę kulturalnego życia. Powtarzając, że był to mój pierwszy koncert zupełnie nie miałam pojęcia w co mam się ubrać, brzmi banalnie, bo w końcu każda dziewczyna nie ma się w co ubrać, ale przy tej okazji miałam ogromny problem. Moja garderoba zawiera ciuchy na imprezy, albo takie do normalnego chodzenia po ulicy, nic eleganckiego, ale też nie za bardzo- to była wskazówka którą dostałam przed koncertem. Wczoraj znowu byłam na kolejnym koncercie orkiestry symfonicznej, tym razem z koleżanką. Hości zamówili dla mnie w prezencie bez okazji 2 bilety na świąteczny koncert. Wiecie co? Było genialnie, muzyka przepiękna. A za 2 tygodnie idę na balet, nigdy wcześniej nie byłam, ale zawsze chciałam i w końcu mam okazję!

Imprez dalej nie opuszczam, sporadyczne weekendowe wieczory spędzam poza clubami, ale teraz jestem już ostrożniejsza... dokumentów ani telefonów nie gubię. Dzięki dziewczynom, z którymi imprezuje, każde z wyjść kończy się sytuacją, albo kilkoma z których śmiejemy się przez kolejnych kilka dni. Co do facetów? Wyszłam kilka razy do kina,czy na kolacje, żadnej rewelacji, po prostu kolejna okazja, żeby wyjśc z domu w środku tygodnia, pogadać z kimś nowym i przy tym podszkolić angielski. Jakie zakończenie? Takie jak zwykle, czyli nic poważnego, ale traktuję to jako poznawanie amerykańskiej kultury.

Święta dziękczynienia spędziłam z rodziną hostki i kilkoma ich znajomymi. Jedzenie było świetne, obawiałam się trochę, że ten ich przypyszny indyk będzie smakował jak podeszwa od buta (kiedyś na grilu z nimi wszyscy zachwycali się stekiem, który właśnie smakował jak podeszwa od buta) ale było zaskakująco dobre, ogólnie smakuje mi jedzenie, jakie jem u hostów albo w restaracjach, zresztą widać po mnie, stopniowo się powiększam, albo raczej zmieniam się w kulkę, a nawet nie jadam w miejscach typu Mc Donald's.

piątek, 18 listopada 2011

Very touristic day in San Francisco

W mój ostatni dzień poprzednego grafiku, w którym pracę w poniedziałki zaczynałam dopiero o 16(jak ja to uwielbiałam) namówiłam koleżanki na zwiedzenie kilku turystycznych atrakcji w mieście, których  pomimo prawie 2 miesięcznego pobytu nie zdarzyłam jeszcze zobaczyć. Zanim tu przyjechałam wydawało mi się, że San Francisco musi być ogromnych miastem, ale jednak to nie jest prawda, samochodem pokonywanie odległości nie zajmuje dużo czasu, ledwo wyjedzie się na ulicę, a już trzeba wysiadać.Tego dnia akurat była ze mną dziewczyna, która  jest szczęśliwą posiadaczką  auta do osobistego użytku, pomimo mieszkania w mieście, więc cała wycieczka poszła sprawniej niż się tego spodziewałyśmy.

Na pierwszy rzut pojechałyśmy na Twin Peaks, jedno z wyższych wzgórz w mieście, z którego jest widok na całe miasto, zrobiłyśy kilka zdjęć i pojechałyśmy dalej odznaczać kolejne punkty na liście.

Kolejnym miejscem, które chciałam zobaczyć było Alamo Square, a na nim Painted Ladies, sześć domów w wiktoriańskim stylu typowym dla architektury miasta. Szczerze mówiąc zawiodłam się widokiem,( na pocztówkach wydaje się to miejsce o wiele bardziej zachęcające) może gdybym była tylko zwykłym turystą, który przyjeżdza do miasta odniosłabym lepsze wrażenie, ale mieszkając w mieście widziałam dużo ładniejsze domu, choćmy w mojej dzielnicy. Chociaż podoba mi się widok na centrum za domkami, może to jest urok tego miejsca? Różnica pomiędzy wiktoriańską architekturą, a wieżowcami w centrum.

Skoro Twin Peaks i Alamo Square zostały zaliczone, pojechałyśmy pod Palace of Fine Arts. Będę szczera, nie wiem dokładnie do czego ten budynek służy, wiem,że obok jest jedno z bardziej rekomendowanych muzeów w mieście. Jedno jest pewne, miejsce ma swój urok i zachwyca oczy.





Dla turystów znana jako Lombard Street, a dla mieszkańców to Crookedest Street. A piszę o najbardziej zakręconej ulicy, która należy także do miejsc, które każdy porządny turysta musi zobaczyć. Zjechałyśmy samochodem z góry ulicy, zastanawiając się na ilu zdjęciach innych turystów się znajdziemy.



Popołudnie zakończyłyśmy na Fisherman's Wharf, zdjęć już tam nie robiłyśmy. W każdym razie jest to turystyczne miejsca nad zatoką, gdzie można kupić dużo pamiątek, zjeść albo tak jak my powłóczyć się.


wtorek, 15 listopada 2011

Pissaro's people


W zeszły czwartek babcia "moich dzieci" zabrała mnie w ramach mojej pracy do jednego z muzeów - Legion of Honor( zdjęcie powyżej). Starsza dziewczynka została z dziadkiem, a my z młodym pojechałyśmy na wycieczkę. Oglądałyśmy wystawę obrazów francuskiego malarza Camille'a Pissaro. Szczerze mówiąc o człowieku nawet wcześniej nie słyszałam, albo po prostu nie zapamiętałam nic z lekcji w szkole, czemu się dziwić? Ucząc się o czymś w szkole zawsze wydaje się to nudniejsze, bo jesteśmy do tego zmuszeni. A może to tylko mój punkt widzenia. Postanowiłam napisać o tej wystawie dlatego, że naprawdę spodobało mi się wałęsanie po muzeum i z chęcią powtórzę takie wyjście. Wydaje mi się, że się chyba ukulturalniam w tej całej Ameryce. 
Pissaro's people, to pierwsza wystawa malarza skoncetrowana na całej jego twórczości, pozwalająca utworzyć sobie punkt widzenia, na temat tematyki jego prac, bo wystawa została podzielona na osobne podkategorie prac.
Były samoportrety:
Prace przedstawiające zwykłych pracowników:
A ten podobał mi się najbardziej:

No i tak dalej i dalej, znawcą sztuki nie jestem, więc nie będę się bardziej rozpisywać. Czasem warto się otworzyć na nowe rzeczy, można się zaskoczyć, że coś, co zdawałoby się zupełnie nie "moim stylu"  może się spodobać. Póki co, babcia planuje mnie zabrać na jeszcze dwie inne wystawy, a ja się cieszę tym bardziej, że pójdziemy na nie w trakcie mojego czasu pracy.

wtorek, 8 listopada 2011

Pracujący tydzień

Pomimo tego, że nie jestem już świerzakiem na operskiej scenie dopiero teraz zbieram się do napisania o moim typowym dniu pracującym. Odkąd tu jestem mój grafik się zmienił, poprzedni był lżejszy, krótszy i zawierał jedno dziecko mniej. Od początku wiedziałam, że tamtem grafik jest tymczasowy, więc stwierdziłam ,że nie mam sensu się nad nim rozpisywać. Teraz pracuję kontraktowe 45 godzin tygodniowo i sprawuję pełną opiekę nad podopieczymi.

Od poniedziałku do czwartku pracę zaczynam o 7.30, czyli o 7.25 wywlekam się z łóżka, zakładam jakieś ciuchy i idę jeść śniadanie. Skoro już nie pracuję pośród ludzi nie przejmuję się już tym, że włosy wyglądają jak totalna tragedia, a twarz pozbawiona makijażu ukazuje wszystkie niedoskonałości. Przez następnych 10 godzin na przemian zmieniam pieluchy, karmię, uspokajam, zabawiam i kładę na drzemki. O tak, pora drzemki to moja ulubiona pora dnia, jak uda mi się ułożyć dwójkę do spania w tym samie czasie oznacza to, że mam przerwę. Z racji wieku dzieci nie mam za dużo zajęć dodatkowych, mam tylko jedno, w czwartki rano chodzimy na zajęcia muzyczne dla maluszków, których zresztą nieznoszę, bo muszę z uśmiechem na twarzy udawać przed innymi mamuśkami/ nianiami, że podoba mi się to przedstawienie, które zmusza mnie do tańczenia, grania na instrumentach i gestykulowania w rytm piosenek, których nawet  nie znam. Młoda należy do tych szczęśliwych dzieci, które mają pozwolenia na oglądanie TV, ale haczyk jest taki, że tylko przez godzinę. Wizja oglądania TV jest dla mnie dobrym motywatorem, którym mogę ją przekupić do posprzątania, albo zmotywować do zaprzestania piszczenia/ kopania/ bałaganienia/ albo zbytniego okazywaniu miłości młodszemu braciszkowi.
Odkąd hostka wróciła do pracy, w dniu, w których mam dwójkę przychodzi babcia, żeby mi pomóc zabrać młodych poza dom. Zazwyczaj idziemy na jakiś plac zabaw, albo do academy of science gdzie mam kartę członkowską. Młodszy dzieciak w nosidełku na brzuchu, plecak z dziecięcym zestawem zawierającym dodatkowe ciuszki, przekąski stały się nieodłącznym pakunkiem, który muszę mieć ze sobą. Na zakończenie poranka na świeżym powietrzu zawsze z babcią idziemy na ulubioną latte do którejś z przyulicznych kafejek. Gdy już spowrotem dotrzemy do domu jest pora lunchu, a po niej pora na ululanie maluszków, książeczka albo piosenka i życzę kolorowych snów. Młody nie zawsze poddaje się tak szybko, jego czasem muszę ponosić trochę na rękach, żeby usnął, tym bardziej, że to mały przytulak i woli spać w ramionach, a nie na łóżeczku.

Moje szczęście jest takie, że nie wojuję z moją dwójką przez 5 dni w tygodniu. Do tej pory młoda chodziła do przedszkola w poniedziałki i piątki, więc w te dni jestem tylko z maluszkiem. Kończąc na piątkowym dniu, po całym tygodniu czuję się jakbym w ogóle nie pracowała, nie dość, że to już tylko 5 godzin, to w dodatku baby nie sprawia prawie w ogóle kłopotu. Zresztą w poniedziałki jak mam tylko jego, to czuję się jakbym miała wolne. Mam czas, żeby zrobić pranie, podzwonić trochę do rodziny, poobijać się oglądając seriale, albo wyjść na spacer.


środa, 2 listopada 2011

Halloween

Jedno z typowych amerykańskich świąt, które chyba wszystkie chętnie obchodzą. Kilka tygodni przed w sklepach pojawiają się mieszkani cukierków, którymi są obdarowywane dzieciaki, ozdoby, ktorymi przystrajane są domy i tak zwane "pumpkin patch" miejsca w których można kupić sobie wymarzoną dynie. Dopóki moja hostka jeszcze nie pracowała pojechałyśmy jakiś czas temu, żeby kupić naszą dynie.



W piątek przed Halloween miałam iść na imprezę do Hiltona, kiedy wreście obudziłam się, żeby kupić bilet wszystkie już były wyprzedane, więc standardowa reguła, żeby robić wszystko na ostatnią chwilę nie wypaliła. Za to w sobotę wybrałam się na Castro-  dzielnicę gejowską. Co roku odbywała się tam parada, zjeżdzało się mnóstwo ludzi, ulice były pozamykane dla samochodów. Niestety nie tym razem, podobno zrobiło się tam niebezpiecznie w tym czasie i zrezygnowano z parady. Jednak mniejsze tłumy i tak się tam zebrały i każdy był świetnie przebrany. Zdjęcia ściągnięte z internetu, bo ja nie robiłam. Były też dużo lepsze kostiumy. Jadąc tam autobusem widziałam facetów przebranych za Cruelle Deville i jednego z dalmatyńczyków. Aż sama  żałuję, że się nie przebrałam zazbytnio, w tłumie tych wszystkich przebierańców czułam się trochę głupio, ale nie miałam jakoś głowy myśleć o stroju, kiedy kilka dni wcześniej zgubiłam dokumenty i nie byłam w nastroju na imprezowanie. W rezultacie hostka dała mi tylko jakieś czarne pióra na głowę, zrobiłam czarny makijaż i ubrałam się na czarno.

W poniedziałek poszłam z hostami na "dziecięcy halloween", na  typowy już "cukierek albo psikus". Ludzie siedzieli na schodach przed domami z misami, z cukierkami, a dzieci podbiegały, żeby grzecznie wziąć jednego cukierka.Jedna z ulic w okolicy na ten czas była zamknięta dla samochodów, a tam mieszkańcy w garażach mieli swoje stanowiska.
 To był mój ulubiony dom- właścicieli ponoć co roku wynajmują tancerzy, którzy co roku tańczą przez całą noc w oknie :)

Młoda zebrała trochę tych słodkości, ale ona nie może jeść słodyczy, więc podkradam codziennie trochę tych łupów ;)